Przedwieczerz. Goście - plastycy, byli nauczyciele i inni kończą obiadokolację. Wśród zebranych wypatrujemy starszej pani - Marii Danuty Górskiej Flis - córki Jana Wojciecha Górskiego. Wiek - 85 lat. Wydaje się, że nie ma tu kogoś takiego. Wszak 85 lat to już porządny wiek i te wszystkie lata powinny być widoczne na twarzy. W końcu ktoś wskazuje.
Starsza pani ma szeroką, zdrową twarz. Nie wygląda co prawda na nastolatkę, ale osiemdziesięciu pięciu nikt by jej nie dał.
Maria Danuta z córką Zofią przyleciały z Melbourne z Australii do Mirotek specjalnie na 100-lecie szkoły. Z Melbourne do Mirotek podróżuje się około 30 godzin samym samolotem, przez Singapur, Frankfurt, i ileś tam godzin samochodem. Podróż kosztuje w jedną stronę 2.500 USD. Do tego ogromne opłaty lotniskowe, ciasnota w airbusach. Ale czego się nie robi dla Ojczyzny?
Uczyła się pani w tej szkole?
- Tak, chodziłam do niej. Były to lata 1926 - 1927... Nie jestem tu pierwszy raz. Ostatnio byłam w 2001 roku. Ciągle myślę o dzieciństwie i tym miejscu.
Historia tej szkoły ściśle wiąże się z losami pani rodziny.
- To prawda. Mój ojciec Jan Wojciech Górski był właścicielem majątku w Mirotkach i dał grunt pod tę szkołę. Z dawna cała część Mirotek należała do ojca. Dlaczego dał tę ziemię? Było tu kilku gospodarzy Niemców, więc postanowił ją dać naszym gospodarzom. A oni zdecydowali, że to będzie pod szkołę. Wybudowano ją w 1905 roku.

A coś z majątku pani rodziny zostało?
- Cały przepadł. Niemcy trzymali w naszym dworze amunicję i to wszystko zaczęło się palić. I legło w gruzach.
Była pani wtedy w Mirotkach?
- W czasie okupacji przebywałam w Niemczech. Jak wojna się kończyła, przebywałam w Bawarii. Chciałam dotrzeć do brata Antoniego, który był w Auschwitz i Matchaussen. Zmarł w zeszłym roku. Ostatnie lata spędził w Kalifornii. Starszy brat Franciszek został zamordowany w Katyniu.
Typowe losy polskiej rodziny.
Jaka jest Polska z perspektywy obywatelki Australii?
- Jak patrzy się na te krajobrazy, to wydaje się, że kraj jest śliczny i bardzo bogaty. Ludzie ładnie ubrani, uprzejmi. Wrażenie wręcz wspaniałe. Człowiek bardzo dobrze się tu czuje. Nie znajduję słów, by powiedzieć, jacy tu są wspaniali ludzie. Bardzo podziwiam nauczycieli i panią dyrektor. Włożyli w tę jubileuszową imprezę mnóstwo pracy i nam było strasznie miło. Nie żałuję zmęczenia.
Mieszka pani daleko od kraju, a tak ładnie mówi po polsku...
- To zasługa mojego męża. Jak tylko zaczynam po angielsku, to zaraz: "Proszę mówić po polsku". Poza tym w Australii jest wielu Polaków... Bardzo chciałabym mieć tu kawałek ziemi, żeby coś wybudować. Córka bardzo chciałaby zamieszkać w Polsce. Tu jest jak w Kaliforni...
Czy to nie przesada?
- Mój brat Antoni mieszkał w Kaliforni w miejscu, które przypomina Mirotki. Domek miał zbudowany jak dwór w Mirotkach. Duży. Tam kupują sobie posiadłości i budują takie domy, kiedy idą na emeryturę. I tam spędzają czas... Ale prochy brata zostały przywiezione do Barłożna, do ks. Krefta... Pobędę tu do września. Pojedziemy nad morze, do Krakowa.
Na podstawie Dziennika Bałtyckiego piatkowe wydanie Kociewiaka