ARCHIWALNE. Przekrój życia, przekrój pieca
Data środa, 24 maj, 2006 - 17:57
Temat Ciekawi ludzie


Życiorysy niebanalne
Jestem zdunem, syna kształciłem za zduna, jednak zdecydowanie chwalę sobie centralne – mówi zdun w Skórczu. Klemens Piórek. – Ale pan stron zapisał – dodaje. – Ano zapisałem, bo to już historia, ale panie Klemensie historia taka niedawna. Przecież centralne tak na dobre zapanowało e latach osiemdziesiątych.

  
 
Lata

Klemenas Piórek przyszedł na świat 4 października 1913 roku w Leśnej Jani.
- W sobotę miałem 48 lat...
Chwila konsternacji. Klemens Piórek śmieje się. - No bo Niemcy mówią „Fijer achcyś” – cyfry na odwrót. Gdyby sprawa wieku wiązała się tylko z przestawianiem cyferek... Z drugiej strony Klemens ma pogodne usposobienie – właśnie ma 48 lat, a nie 84.

Rodzinny motyw muzyczny

Klemens Piórek urodził się w rodzinie małorolnej (2 hektary i trochę), ale bynajmniej nie biednej. Jego ojciec Bernard, żonaty z Teklą z domu Wasiak, umiał sobie radzić, pomimo tak śmiesznej liczby hektarów. Jak nie pracował na swoim, to brał instrumenty i hajda: grać na weselach i innych imprezach. Musiał być nie lada muzykiem, jeżeli grał - jak rzecze Klemens Piórek – na kontrabasie, na trąbce, na skrzypcach i na nerwach (to tak żartem – pan Klemens). Był też „akordium” – wszystkie te instrumenty na stanie rodzinnego majątku (spróbujmy dzisiaj zgromadzić takie instrumentarium muzyczne).

- Instrumenty przepadły w 1945 roku, kiedy Leśną Janię oswobodziła armia radziecka – wspomina pan Klemns – „Akordium” wzięli Rosjanie do naprawy i nie przysyłają do tej pory. I trąbkę i skrzypce też.... Ojciec schował w specjalnym schowku w hałdzie drewna, ale wyniuchał „Akordium”, flet boczny, kontrabas.

Skąd u ojca takie muzyczne talenty? – pan Klemens nie wie. W każdym razie w rodzinie ojca nie było. Może dlatego, że kiedy był kawalerem, pracował w Berlinie i spodobała mu się muzyka? Tylko z kontrabasem było inaczej niż z pozostałymi instrumentami. Później przyszedł jakiś inny, „niemiecki” Rosjanin i po prostu go potłukł.

Glina

Do muzyki jeszcze wrócimy. Teraz o piecach.
Klemens miał 16 lat, kiedy w domu Piórków stawiał piece. Zdun szeptał do ojca: „Dajcie tego chłopaka na zduna uczyć, bo pomagał i urabiał dobrą glinę”.
- Umiałem urabiać, bo w Leśnej Jani była cegielnia (spłonęła przed wojną) i jako chłopiec tam pracowałem, na przykład nosiłem uformowaną cegłę (pacę) do suszenia. Potem wędrowała do pieca, choć zdarzało się, że domy budowano też i z pacy. Praca była sezonowa. Człowiek się cieszył, bo 3 złote się zarabiało, choć trzeba było pracować 10 – 12 godzin. A za 6 złotych można było kupić robocze buty (niedzielne były droższe).
To nieprawda, że przed wojną nie było pracy. Kto nie chciał, to jej nie miał.

Drogi

W 1935 roku – po 3 latach nauki u mistrza Bąkowskiego w Gniewie – Klemens Piórek zdawał egzamin czeladniczy w Grudziądzu. Ale o tym za chwilę.
- Przed zdobyciem zawodu różne prace się wykonywało. Nad szosą kamienie tłukłem. Mistrz Bąkowski zaznaczył w umowie, że jak nie będzie zimą pracy (a zdun zimą nie pracuje), to wyśle nas do domu i zimą tłukliśmy kamienie, na przykład przy drodze Mirotki - Starogard. Szosa była sypana.

Tak zwane „kocie łby” ? Nie. Kamienie układało się na drodze, zasypywało żwirem, potem na mokro wałowało dużym walcem zaprzężonym w sześć koni. Był specjalny, drogowy, co zasypywał, a potem naprawiał uszkodzenia. Taka droga ze Skórcza do Starogardu była jeszcze długo po wojnie. Kostka dopiero była od Jabłowa do Starogardu.

Ojciec mówił: „jak ja byłem młody, to też tłukłem nad szosą kamienie”. Tłukliśmy na przykład przy tarasie Kopytkowo – Jaszczerek – ja i brat, czasami ojciec przyszedł i pomógł. Przynosił też maty, co od wiatru zasłaniały. Pieniądz z tego był całkiem niezły, gdyż za 1 m3 płacili 5 złotych i 80 groszy. Zarabialiśmy nieraz kilkanaście złotych dziennie. To było dużo pieniędzy. Mówimy o latach 1930-33. Betonówka – prosta jak strzelił szosa, która miała łączyć Warszawę z Gdynią – na odcinku Warelubie – Osiek, powstawała w latach 1934 – 35.

Ja mogę powiedzieć, że się w życiu napracowałem. W lesie żeśmy wykopywali pnie. Nie tak jak teraz, żeby zgniły. Wykopywaliśmy je na opał. Teraz się tego nie praktykuje – pnie gniją w ziemi.

Cygaro

- W 1935 roku zostałem czeladnikiem. Ten okrąg należał do Izby Rzemieślniczej w Grudziądzu. Zdawałem egzamin. Tradycja była: skrzynka, dwie świece zapalone, starszy cechu poczęstował po zdaniu egzaminu cygarem. Przedtem nie można było: jakby kogoś złapali na ulicy z papierosem, musiałby się uczyć ćwierć roku dłużej. Ale i tak po latach się paliło.

Mówili: zdun – garncarz jedno. Ja stawiałem piece, ale Kleina w Nowem wyrabiał też ręcznie kafle. Każdy zdun mógł po praktyce to robić. W Skórczu była duża kaflarnia Pawłowskich.. W czasie okupacji i tuż po wojnie pracowało w niej około 50 osób. Kaflarnia stała w dzisiejszym miejscu firmy LAS. Potem braci Pawłowskich wywłaszczyli. Maszyny sprzedawali do Skarszew. Przez jakiś czas po wywłaszczeniu Augustyn Pawłowski pracował jako znający się na fachu, ale zarządcy był nijaki Damrath z Partii – w biurze siedział, na niczym się nie znał.

Takie były czasy. Jasne, że powinna być reprywatyzacja... Potem Pawłowski sobie piec elektryczny zrobił i z córką wypalał, ale i to się skończyło.

Wrócimy do czasów przedwojennych

Klemens po zdobyciu fachu długo się nie napracował. Do wojska poszedł do Starogardu, do 2 pułku szwoleżerów.
- No bo dawniej jak chłopak nie był w wojsku, to go dziewczyny omijały.

Za mundurem panny sznurem, wiadomo. Ale czy panu, takiemu majstrowi, wojsko się podobało?
- Pierwszy rok był najgorszy. Trzeba było  o konia, rząd koński, a w trzeciej kolejności o siebie dbać.
W drugim roku było łatwiej, bo Klemens był na funkcji, to znaczy był furażowym, czyli zaopatrzeniowcem – siano, owies wydawał.
- W 1937 roku wyszedłem z wojska, ale popracować nie popracowałem wiele, bo stale powoływali - a to Hitler zajął Austrię, a to Czechy, a to coś innego i ogłaszano mobilizację. Kiedy wkroczył do Czech – "Oj Czechu, zabrał cię Niemiec na miechu” – żartowaliśmy. A oni: „Oj Polaku, Polaku, będzie i to z wami”. I było.

Mówimy o historii pozywistycznej

Po wojnie Klemens Piórek pracował w Tczewie. Wtedy jedynym systemem ogrzewania mieszkań był piec i czasami do tego jeszcze trzony kuchenne. W piecu był i piekarnik na chleb – bratnik (piec chlebowy).
- W niejednych piecach dawałem framugi (ci z kongresówki mówili duchówka). Obiad podgrzany trzymać.

Chyba duchówka

Rzeczywiście, mówili też duchówka. Ciekawe, jaka to krewność wyrazu, czy to od ducha, duszy, czy duchoty.
- Robiłem framugi. W swoim piecu również. Przyszli chłopcy z łyżew i buch – mokre buty do framugi. Potem szewc mówił, że naprawiać nie będzie, bo buty nadpalone i nie jego wina. Jak wymieniłem piec, to zlikwidowałem framugę. Nie będę butów palić..
Nastawiłem tysiące pieców. Nieraz było niebezpiecznie – policja wzywała kominiarza i zduna, bo na przykład kobieta w Zblewie leżała w łóżku martwa. Za prędko zamknęła szyber, węgiel jeszcze był czarny. Śledztwo prowadzono, kto winien – zdun, czy kominiarz, a nikt nie był winien. Po prostu każdy chciał szyber, ale na swoją odpowiedzialność?

Rysujemy przekrój pieca. Palenisko, wężownica – czyli kanały grzewcze, rura łącząca piec z kominem. W tej rurze chcieli szyber, żeby zasuwać. Proste – zasuwa się prędzej, to piec dłużej ciepło potrzyma. Ale nie może odprowadzić gazów i niebezpieczny jest.

Fragmenty historii ogrzewania

- Pracowałem do lat 80. Stawiałem piece. Tysiące pieców postawiłem, ale w miejscowościach do 5 tysięcy mieszkańców. Pinczyn, Zblewo, Kościelna Jania. Kociewie. Do 5 tysięcy, bo miałem kartę podatkową, a w Starogardzie już było na zasadach ogólnych, na rachunek. Najlepszy był piec, który jesienią sam od siebie wysechł latem, a nie przez palenie. To tak jak z dotarciem samochodu. Wymyślali różne systemy. Był krótki czas ogrzewania etażowego... Westalka z wężownicą w kuchni – miała ogrzewać kuchnię, dwa pokoje i łazienkę.

I ogrzewała?
- Gdzie tam ogrzewała? Można by całą historię sposobów ogrzewania ułożyć. Pamiętam jeszcze piece ceglane. W domu, w którym rozmawiamy, było 6 pieców (rozmawiamy w domu pp. Piórków w Skórczu. – T.M./ Gdzie indziej stawiano czasami piec na dwa pokoje, ale wtedy dużo ciepła szło w ścianę. W szkołach piece tak ustawiano, żeby drzwiczki wychodziły na korytarz – a to po to, żeby nie nabrudzić w klasie.

Potem już nastało centralne ogrzewanie, ale w historii to takie były zwroty, że nawet je likwidowali. Centralne ogrzewanie jest wygodniejsze, ogrzewa równomiernie. Kiedyś była taka zima, że wszystkie piece nagrzane, a w kuchni woda zamarzła.
– A Skórcz ze zdunów słynął, bo była kaflarnia (w Skórczu jest pierwszorzędna glina). Był Józef Pawłowski, Józef Pakmur. Walkowski z Kranka, Sztanger z Barłożna, Budnarowski z Kierwałdu, Brzózka z Kraszanka.
Piec kosztował jak średnia pensja. Dużo droższy był z białych kafli. O połowę więcej się za pracę brało, bo trzeba było bardzo dokładnie.

Nagrody i odznaczenia

- Mam z cechu odznaczenia. Mam order Zasłużony Ziemi Gdańskiej. 40 lat grałem w orkiestrze strażackiej. Aż żal, że dzisiaj mają taką okazję, instrumenty za darmo, ale nie ma chętnych, tylko szarpidruty.
- No bo ty jesteś człowiek starej daty – wtrąca się żona. Berta.

Pytam, jak się żyło robotnikom w socjalizmie.

- Były ciężkie czasy. W lutym domiaru mi dali 3,5 tysiąca złotych. Prosiłem o rozłożenie na raty. Ludzie w Skórczu wtedy się wieszali, „dilrium” dostawali. „Ciekawe czy z tego zapłacisz raty” – mówili. A ja z Osieka przez Starą Janię, Mirotki dłużycę woziłem, żeby spłacić. Pan C., którego nazwali kułakiem, nie chciał zboża dać (miał 100 ha ziemi i jednego konia jak mógł dowozić), Musiał po Starogardzie chodzić z tabliczką z napisem „Kułak, nie chce zboża dać!”. Takie były czasy.

Młodzi dziś mówią „Wujek”, co tam mnie obchodzi, co było 50 lat temu, a przecież historia ważna... Orkiestra w Skórczu powstała w 1956 roku. Jestem jednym z pierwszych, którzy ją zakładali. Za Gomułki to myśmy już grali całą parą. Ale też nie obeszło się bez polityki. W latach 1965 – 70 wydzwaniał dyrektor Polmosu – Niedźwiecki – prezes OSP i ważny aparatczyk partyjny – i mówił, żeby orkiestra broń boże nie grała na Boże Ciało. Żeby instrumentów nie wydawać. Ale nic z tego. W Zelgoszczy był Anastazy Klin – hobbysta od instrumentów (na naszym weselu grał). Miał komplet na mała orkiestrę dętą: dwa basy, tenory, klarnety, bęben – swojskiej roboty i nam je pożyczył.

Zakończenie

I dochodzimy do końcowego wniosku. Z pozytywistycznej historii o pracy ostatniego zduna na Kociewiu wynika, że praca piękna jest, a wojny i polityka to jakby zgrzyty. I na co komu one?
 Tadeusz Majewski



Artykuł pochodzi z Miasto Skórcz
http://skorcz.kociewiacy.pl/

URL tego artykułu:
http://skorcz.kociewiacy.pl/modules.php?op=modload&name=News&file=article&sid=130