Państwo Masowie żyja w schludnym, zadbanym mieszkaniu sami, tylko czasami odwiedzają ich dzieci i wnuki. Historia jakich wiele, jednakże tkwi kilka w niej prawd o "tamtej Polsce", jak o czasach PRL-u mówią tutejsi mieszkańcy.
Spotkali sie w Pleplinie
Rok 1950, pięć lat po wojnie, kraj odbudowywuje się. W miastach na nogi staje przemysł. Wieś po reformie i wielu ideologiczno-ustrojowych eksperymentach zaczyna przedstawiać bardziej wyrazisty obraz.
Obok zagród rolników indywidualnych, powstają gospodarstwa państwowe, spółdzielcze i kółka rolnicze. Wzory są wschodnie, wschodnie też obyczaje i regulaminy pracy. Był to trudny i czasami tragiczny okres dla polskiej wsi. Pan Józef pracował w pegeerze w Klonówce, stąd też pochodziła jego rodzina. - Najpierw trzeba było ruszyć ugory, wyremontować maszyny i zadbać o trzodę - wspomina pan Józef. - Pracowaliśmy od rana do wieczora. Nikt wtedy nie zastanawiał się nad tym, że to nie jego ziemia, a państwowa. Ważne było to, że myśmy ja uprawiali, ze będą plony. Kto wtedy interesował się dużą polityką ?
Pan Józef często wtedy odwiedzał swoją rodzinę w Pelplinie, tam też poznał wysoką postawną dziewczynę - Stefanię, która pięknie śpiewała w kościelnym chórze, grała w teatrzykach organizowanych przez księży. - To właśnie Stefcia pokazała mi kurię i ogromna katedrę. Bardzo mi się przydała ta lekcja wiary i poświęcenia.Lubiła sie bawić, żartować, a co najważniejsze, zawsze miała poczucie własnej wartości. Nie, nie wyobrażam sobie , lecz tak potrafiła wszystkim pokierować, że nasze dzieci czuliśmy się bezpiecznie. Poznaliśmy się u mojego barata, później były wizyty w Kolińczu, u dziadków mojej późniejszej żony. To były radosne czasy, gdy wspominamy tamte chwiele, jakoś lżej robi się na sercu - doadaje pan Józef.
Józef i Stefania podbarli się w Pelplinie w 1950 roku. Pan Józef zmnieł miejsce pracy, zawsze jednak był traktorzystą. Znał swoją robotę, znał każdą śrubkę w ciagniku. Był wyróżniony i premiowany. Często dzisiaj słyszy się, że ludziom w pegeerze było łatwiej, że wszystko mieli, mieszkania, deputaty i wszelkie zabezpieczenia. To prawda. Byli równiez i tacy, którzy marnotrawili wspólny majatek. Były chybione decyzje, było życie na kredyt, lecz któż dzisiaj może zapomnieć ogrom wysiłku wielu uczciwych, pracowitych i oddanych ziemi pracowników rolnych.
W ogrodzie u księdza Sychty
Pelplin, stolica diecezji chełmińskiej to było w latach pięćdziesiątych, małe ciche miasteczko. Obok kurii i seminarium życie toczyło sie ospale i tylko aktywność zapalonych do pracy społecznej księży mogła rozjaśnić i wzbogacić życie kulturalne miasta.
Pani Stefania od dzieciństwa uczestniczyła w pracach teatrzyków i zespołów spiewających, jakie wtedy działały przy parafii. - Dużo graliśmy, spiewaliśmy, a w nagrodę księża organizowali wycieczki i zabawy towarzyskie - wspomina pani Stefania. - Nie czekaliśmy na gotowe, kazdy miał swoje zadanie i każdy czuł się potrzebny.
Tak organizowano nam czas, że wiedziliśmy - kiedy nauka - kiedy modlitwa, a kiedy zabawa i tańce.
Pani Stefania dużo czytała, chodziła na seminaria i rekolekcje organizowane przez duchownych. Z wielkim wzruszeniem i sympatią wspomina tamte czasy. Dzisiaj wiele jej koleżanek i kolegów już nie ma wśród nas.. Nie żyją również animatorzy, księża organizujące życie kulturalne w Pelplinie.
- My, którzy jeszcze żyjemy, wspominamy ich, a wiecznośc trwa tak długo, jak długo płacimy im naszą pamięcią - dodaje pani Stefania.
Nie wszystko było szare i smutne. Młodzi weselili się, jeździli na majówki, a latem wybierali się na plażę do Jelitkowa i Sopotu. Pani Stefania wspomina również szczególny okres w swoim życiu. Były to spotkania z ks. prof. Bernardem Sychtą. Mieszkał na kanonce w jasnym duzym domu z werenadą, obok zaś był ogród i miejsca spacerów ks. Dobrodzieja.
Grono kilku mlodych dziewcząt i chłopcców często odwiedzali księdza poetę, nukowca i znawcę folkloru kociewskiego. Była wśród nich pani Stefania. Siedzieli w wiklinowych fotelach na trawie w przydomowym ogrodzie. Ksiądz częstował ich cukierkami i wspaniałym, przyrządzonym przez gosposię ciastem drożdżowym.. Opowiadał im o czasach przedwojennych i o tym , jak ukrywał się w czasie wojny, tu, na Kociewiu. Mówił, że teraz swoją pracę, a rozpoczynał właśnie zbieranie materiałów do przyszłego " Słownika Kociewskiego", spłaci dług wobec tej ziemi i ludzi, którzy dali mu schronienie.
Starość
Dzisiaj Masowie mają czwórkę dzieci i kilkoro wnuków. Tak się składa, ze jedynym dochodem w całej rodzinie jest emerytura pana Józefa. Od roku jest częściwo sparaliżowany. Leki kosztują miesięcznie około 200 zł. Jednakże dziadkowie nie narzekają, mówią że zawsze może być gorzej". Muszą sobie radzić, muszą stać na straży domowego ogniska. Ludzie wokoło niech często narzekają, krytykuja i protestują. W wielu sparawach maja rację. -Czerwone potrafili sie podzielić - z przekąsem mówi pan Józef - a dzisiaj "pychy na trzy sztychy".
Jakże gorzko kończy się nasze spotkanie. No cóż, taki jest obraz osiedla byłego pegeeru w Kleszczewie. Jedni już znaleźli swoja drogę do godniejszego życia, inni muszą pokonać wiele barier, również tych wewnętrzynych, aby wyjśc na prostą.
A wszystkim potrzebna jest wiara w lepsze jutro, w jakąś wspólną organizację, troskę o własny los.
Michał Spankowski
Na podstawie Tygodnika Kociewskaniego Nr 14 , z dn. 20.09. 2000 r.