Pani Irena mieszka tu z rodziną i ojcem.
- Mam różne talenty artystyczne. Za co się wezmę, to zrobię – tak twierdzi, a my po rozmowie to potwierdzamy.
W kuchni stoi “synchronizator”.
- Kocham muzykę – opowiada pani Irena. - Mieszkałam w Lesiu pod Ostrołęką i zawsze marzyłam o akordeonie. Ale rodziców nie było stać. Poza tym nie bardzo wierzyli w ten mój talent. Tak mi się podobała muzyka, że raz jako dziecko poszłam posłuchać jak grali na zabawie. Na drugi dzień wezwali rodziców do szkoły i powiedzieli, że byłam na zabawie. To było 45 lat temu, a ja dobrze pamiętam tamten wieczór. Grali na harmonii pedałowej.
;@ Oto współczesna opowieść Janka Muzykanta...
Pani Irena gra. Wspaniale. I ze słuchu. Nie zna w ogóle nut. Rzeczywiście talent. Po chwili ze szkoły przychodzi jej młodszy syn Piotr i też gra. Widać, że po mamie odziedziczył smykałkę do muzyki, tylko ma inny gust. Ona grała nam przeboje ludowe, on gra nowoczesne.
- Dopiero dwa lata temu mogłam sobie pozwolić na kupno tego instrumentu opowiada pani Irena. – Gram ja, córka Alicja i syn Piotr. Wszyscy jesteśmy samoukami. Przydałaby się jakaś szkoła, ale nas nie stać. Ja gram pieśni ludowe, dzieci mają swoje utwory. To lepsze niż słuchać muzyki z kaset czy czegoś innego.
To pierwsze zaskoczenie – ten talent muzyczny. Teraz pani Irena wyjmuje zdjęcia. Wiatraczki, huśtawki, altanki, domki, budy dla psów, komplety wypoczynkowe do ogrodów, ławki. To jej własnoręczne wyroby.
;@ A drewno pani tnie na pile tarczowej?
- Belki na deseczki i listewki tak, ale już te drobniejsze piłą ręczną.
;@ A wzory? Według katalogu?
- Nie, wszystko sama wymyślam. To są prace autorskie.
;@ A szkice. Przecież zanim się taki dom zbuduje, trzeba mieć jakiś rysunek z wymiarami.
- Nie robię żadnych szkiców. Wszystko jakoś pasuje. Taki domek to ciężka praca, to męka. Ale jak zrobię, to się niesamowicie cieszę. W międzyczasie Piotruś nam gra. Robię to według swojej wyobraźni. Kiedyś przyjechał do mnie stolarz, popatrzył, popatrzył i powiedział, że do tego nie ma głowy.
;@ Czy na tym można zarobić?
- Taki domek robi się ze trzy tygodnie w stodole. Robię to dla siebie i własnej satysfakcji. O biznesie nie myślę. Cieszę się, że stoją u znajomych, sąsiadów. Ludzie nie zapłacą za tę robotę. Nie da się z tego wyżyć. Ten domek przed domem stoi pół roku.
;@ A skąd się to pani wzięło?
- Chyba przez przypadek. Dwa lata temu kupiłam mleko w proszku dla cieląt. W tych workach były różne niespodzianki. W moim worku był ołówek malarski. I wtedy natchnęło mnie, żeby coś robić. Tak w ogóle uczyłam się szycia. Dla potrzeb własnych.
;@ Czyli te domki to nie jest pani sposób na życie. Z czego pani żyje?
- Prowadzę 4-hektarowe gospodarstwo nad jeziorem. Z tego gospodarstwa bardzo słabo da się wyżyć. Żeby mąż nie pracował, to nie wiem co by było.
;@ Ma pani talent. Może by takie nieco większe domy stawiać dla turystów na brzegu jeziora?
- W tym jeziorze dopiero od dwóch lat się kąpią. Bo przedtem była wyducha i z tego powstał straszny smród. Teraz się kapią i nic nikomu nie jest. Działek nie kupią, bo jezioro jest brzydkie i płytkie. Ma niecałe trzy metry głębokości. I jest muł.
Na zakończenie pani Irena zdradza, że przed obcymi – nami grała po raz pierwszy. I kiedy grała, to ze zdenerwowania trzęsły się jej ręce. Nic nie było widać, pani Ireno. Teraz warto wystąpić przed większa widownią.